Sportowy Blog Szymona Bujalskiego
Kategorie: Wszystkie | Sport w Madrycie | Sport w Łodzi
RSS
poniedziałek, 22 września 2014

Polscy siatkarze świętują złoty medal mistrzostw świata. W środku Mariusz Wlazły i Paweł Zatorski, czyli bełchatowski wkład w złoto

Pod względem popularności siatkówce w skali globalnej daleko nie tylko do piłki nożnej, ale i wielu innych sportów. Śmiało możemy jednak powiedzieć, że w Polsce jest ona sportem narodowym. Ostatnie trzy tygodnie pokazały dlaczego. Od inauguracyjnego meczu z Serbią po finałowy, zwycięski mecz z Brazylią nasz kraj, nasi kibice i nasza reprezentacja tworzyły historię. Historię przepełnioną niesamowitymi emocjami, wspaniałymi zwycięstwami i niespotykaną nigdzie indziej atmosferą święta. Historię, o której będzie mówiło się przez lata.

My, mieszkańcy Łodzi i regionu, możemy być z niej podwójnie szczęśliwi i dumni. Dzięki Atlas Arenie mogliśmy bowiem być w samym centrum sportowego szaleństwa. Poczuć na własnej skórze ciarki po odśpiewaniu przez wielotysięczny tłum Mazurka Dąbrowskiego, zedrzeć gardło, krzycząc „ostatni” przy kolejnych setowych piłkach, czy rzucać się nieznajomym w ramiona po wygranych pięciosetowych dreszczowcach z Brazylią i Rosją – największymi z siatkarskich gigantów.

Łódź i Atlas Arena już kilka lat temu zostały określone przez międzynarodową federację „mekką siatkówki”. Kto widział starcie z Brazylią, ten wie, że nie było w tym cienia przesady. Gdy Polacy przegrywali w setach 1:2, to właśnie niesamowity doping trybun poniósł nasze Orły do rozdziobania Kanarków. „Polski kocioł wytworzony w Atlas Arenie w Łodzi utrudnił Brazylijczykom byt w mundialu”. „Niezwykle zaangażowani w doping fani śpiewali i krzyczeli przez cały mecz. Buczeli na serwujących »Canarinhos«, a każdy punkt dla biało-czerwonych wywoływał ogłuszający hałas. Była muzyka, flagi, maskotki, cheerleaderki” – nadawali w świat brazylijscy dziennikarze.

Polacy na tych mistrzostwach rozegrali 13 spotkań. Najwięcej, bo aż sześć, właśnie w naszym mieście. Podczas 11 dni łódzkiej części turnieju Atlas Arena gościła łącznie 12 meczów i grubo ponad 100 tys. kibiców. Dla porównania 84 mecze poprzedniego mundialu zorganizowanego we Włoszech obejrzało w halach 339 tys. osób. Prawda, że różnica robi wrażenie?

„Łódzki wkład” w mistrzostwa mieli nie tylko łódzka hala i kibice, którzy zapełniali ją każdego dnia. Swoją cegiełkę dorzuciło wiele mniej lub bardziej anonimowych osób, jak chociażby... łódzcy lekarze. Gdy w czasie meczu z Iranem boisko musiał opuścił kontuzjowany kapitan drużyny Michał Winiarski, wydawało się, że swoim kolegom więcej już nie pomoże. Winiarski w tempie błyskawicznym trafił jednak do szpitala MSW i dzięki specjalistycznym zabiegom kapitan stanął na nogi szybciej, niż można było przypuszczać.

A skoro już przy siatkarzach jesteśmy, to ciesząc się z „naszego” wkładu, nie można zapominać właśnie o tym największym, czyli o zawodnikach. Dumą regionu jest PGE Skra Bełchatów. Zresztą nie tylko regionu, bo wielokrotni mistrzowie Polski od lat najlepiej ze wszystkich zespołów reprezentują nasz kraj w europejskich pucharach. Teraz gracze z Bełchatowa dołożyli swoją cegiełkę do złota na mistrzostwach świata. Choć w sumie nie, to nie była cegiełka. To było wykopanie dołu, wylanie fundamentów, wyjście nad poziom zero i położenie stropów.

Karol Kłos jest jednym z objawień imprezy, najlepszym polskim blokującym i drugim całej imprezy. Drugim najlepiej broniącym graczem mistrzostw był z kolei Paweł Zatorski, który po czterech latach gry w Bełchatowie latem pożegnał się ze Skrą. Jedną z kluczowych postaci kadry jest także wspomniany Winiarski – nie tylko jako kapitan zespołu, ale także bardzo dobry atakujący, przyjmujący czy serwujący. Ten – odwrotnie do Zatorskiego – wrócił latem do Skry po roku spędzonym w Rosji. Wcześniej grał w Bełchatowie przez cztery kolejne sezony. Siatkarzem Skry od roku jest także Andrzej Wrona, a bełchatowską przeszłość mają Krzysztof Ignaczak i Marcin Możdżonek.

Na koniec pozostało jeszcze dwóch głównych architektów polskiego złota: selekcjoner reprezentacji Stephane Antiga i jej najjaśniejsza gwiazda Mariusz Wlazły. Gdyby nie zaskakujący pomysł szefów związku, by powierzyć kadrę nowicjuszowi, Antiga byłby jeszcze siatkarzem i z boku wspierał Francję, czekając jednocześnie na ostatni sezon gry w Skrze. Stało się jednak inaczej, a ryzykowny ruch działaczy okazał się strzałem w dziesiątkę. A Wlazły? Chyba już nikt nie pamięta, jakie kontrowersje jeszcze niedawno wywoływała jego odmowa gry dla reprezentacji. A już na pewno nikt teraz nie będzie miał mu tego za złe. Najlepszy od wielu lat polski siatkarz wrócił bowiem do gry na najważniejszy turniej w historii i zagrał najlepszą siatkówkę w życiu. Od drugiej rundy był motorem napędowym biało-czerwonych i – jak na prawdziwego lidera przystało – brał na siebie ciężar gry w najtrudniejszych momentach. Efekt? Najwięcej zdobytych punktów na całej imprezie (233, w tym 14 w finale) i wybór na MVP mistrzostw. A to wszystko dziełem zawodnika, który od 11 lat nierozerwalnie związany jest ze Skrą i Bełchatowem.

By oddać jednak sprawiedliwość, trzeba przyznać, że nie wszystko, co działo się u nas, było tak wspaniałe. To w Łodzi musieliśmy znosić fatalne zachowania Brazylijczyków (odmówili wyjścia na konferencję), rosyjskiego siatkarza Aleksieja Spiridonowa (pokazał fanom środkowy palec, a jednego z nich opluł) czy części polskich kibiców (byli tacy, którzy prowokowali Rosjan i gwizdali podczas odgrywania ich hymnu). Wszystko to jednak małe kamyczki przerzucone przez siatkę do ogródka. Największym była jednak zbyt mała promocja mistrzostw w samej Łodzi. Oczywiście cała Polska żyłaby imprezą znacznie bardziej, gdyby Polsat odkodował nie tylko mecz otwarcia i o złoto. Ale nie tylko Polsat jest winien. Brakowało reklamy w mieście, brakowało imprez, brakowało odpowiedniego nagłośnienia tak wielkiego sportowego święta. Najlepszym przykład są strefy kibica. We Wrocławiu czy Katowicach mecze Polaków oglądało po kilkanaście tysięcy osób, w Łodzi na rynku Manufaktury fanów było kilka razy mniej.

Jednak nawet bez mistrzowskiego wkładu magistratu nasz wkład mistrzowskim jednak pozostaje.

I jesteśmy z tego dumni.



wtorek, 01 lipca 2014

Anonimowi piłkarze testowani w Widzewie

Za każdym razem, gdy w biurach przy al. Piłsudskiego wpadną na nowy pomysł, myślę sobie, że tego absurdu przebić już się nie da. I za każdym razem się mylę. Tym razem w Widzewie wymyślono, że na zaplanowany na środę sparing sprzedawane będą bilety. Nie wiem, ilu kibiców się na to zdecyduje, ale jeśli tacy się znajdą, czeka ich nie lada gratka. O godz. 17 na stadion wyjdzie bowiem mieszanina anonimowych graczy z niskich lig oraz resztka z tych, który w fatalnym stylu spadli z ekstraklasy. Poprowadzi ją trener, który ostatnio pracował z 13-latkami, a rywalem będą trzecioligowe rezerwy rosyjskiego Rubina Kazań...

Bilety, które wyceniono na 4 zł, nazwano cegiełkami. Jak sama nazwa wskazuje nie o zarobek więc tu chodzi, a o dołożenie cegiełki i symboliczne wsparcie dla ukochanego bądź co bądź klubu. Idea w teorii słuszna. W praktyce by oczekiwać pieniędzy - nawet tak niewielkich - za oglądanie gierki sparingowej „panów x” z „panami y” trzeba mieć jednak ogromny tupet. Albo...

Albo prawda jest o wiele bardziej bolesna. Jak dobrze wiadomo Widzew w ostatnich latach coraz bardziej pogrążał się w długach. Efektem tego jest układ sądowy, kilkanaście milionów złotych do spłaty, spadek drużyny w fatalnym stylu i rozmienianie się wielkiej kiedyś marki na drobne. A konkretnie na 4 zł. Jeśli przy al. Piłsudskiego wpadają na tak desperackie pomysły, jeśli tonąc tak mocno chwytają się brzytwy, to obawiam się, że nic dobrego wyniknąć z tego nie może.

Niestety, Widzew z każdym dniem staje się klubem coraz bardziej groteskowym. Myślę, że z jego ostatnich losów powstałaby naprawdę ciekawa tragikomedia. Nie wiem tylko, czy bardziej tragiczna, czy śmieszna. Wiem za to, że zbieranie 4 zł za sparing półamatorów z półamatorami jest jej kolejnym aktem. Aż chciałoby się dodać, by wszystko zakończyło zdanie nie ze sztuki, a z książki: „Kończ Waść...” 

środa, 21 maja 2014
Mosty Łódź odpowiadają za budowę m.in. trasę WZ
Za niespełna 138 mln zł Mosty Łódź chcą zbudować stadion dla Widzewa na 18 tys. miejsc, a do tego przebudować okoliczne drogi. Dlaczego oferta łódzkiej firmy była tak niska?
---

Na przestrzeni ostatnich kilku lat z każdym kolejnym nieudanym przetargiem czy niedotrzymanym terminem wiara w budowę stadionu przy al. Piłsudskiego malała. Podobnie było pod koniec ubiegłego roku, gdy okazało się, że przy al. Unii Mirbud Skierniewice ma zbudować boisko z trybuną na 5,7 tys. miejsc za 94,4 mln zł (po wliczeniu wszystkich kosztów grubo przekroczy 100 mln zł). Tymczasem na Widzewie - odliczając przebudowę dróg - trzy razy większy obiekt miał powstać za 129 mln zł. Wydawało się, że jest to bardzo mało prawdopodobne...

Gdy w ostatni czwartek doszło więc do otwarcia kopert, wszyscy patrzyli na siebie z niedowierzaniem. Okazało się, że w zapisanych na inwestycję 151 mln zł zmieściło się aż pięć firm. Co więcej, najtańsza z ofert, czyli ta złożona przez Mosty, była zaskakująco niska. Łódzka firma zadeklarowała, że całość inwestycji jest w stanie zrealizować za niespełna 138 mln zł - nieco ponad 24 mln zł ma kosztować przebudowa dróg, a budowa pełnego stadionu z czterema trybunami 113,6 mln zł. Oczywiście rozstrzygnięcia przetargu jeszcze nie ma, ale jeśli nie zdarzy się nic niespodziewanego, jego zwycięzcą będą właśnie Mosty. Warto więc zastanowić się, dlaczego ich cena jest aż tak niska?

Z pewnością jednym z głównych powodów jest to, że Mosty są firmą łódzką, co pod względem logistycznym znacząco zmniejsza koszty. Bo sprzęt, biura czy ludzie są na miejscu, a miasto dobrze znane. Co ważne, w trakcie budowy stadionu Mosty realizować będą w okolicy inną kluczową inwestycję, jaką jest drugi etap budowy trasy WZ. Ze stworzeniem odpowiedniego zaplecza problemów nie będzie więc tym bardziej.

Kolejna sprawa to "atrakcyjność" inwestycji. Bum na budowę stadionów w Polsce minął, a jednocześnie firm posiadających odpowiednie referencje jest bardzo dużo. Ocean jest więc pełen rekinów, którym do zjedzenia pozostała jedna z ostatnich tłustych ryb. Walka o tak łakomy kąsek jest przez to duża. A gdy popyt tak bardzo przewyższa podaż, cena z automatu musi być niższa.

Stadion na Widzewie może kosztować tak mało również dzięki temu, że będzie powstawał w formie zaprojektuj i wybuduj. Zwycięzca przetargu będzie miał więc spore pole manewru przy ustalaniu tego, jak ma wyglądać nowy obiekt, z jakich materiałów ma być zbudowany i co powinien zawierać. Oczywiście wiadomo, że w sporym zakresie wyznaczają to kryteria zapisane w przetargu, ale i tak możliwości przyszłego wykonawcy będą duże.

Zwolennicy budowy nowoczesnego stadionu na Widzewie właśnie tego obawiają się najbardziej. Za niewiele mniejsze pieniądze powstawały obiekty w Gdyni czy Gliwicach, które częściej niż stadionami nazywane są blaszakami. Czy na Widzewie może być podobnie? W tym momencie, chcąc nie chcąc, inwestycję przy al. Piłsudskiego znów trzeba porównać z tą przy al. Unii. Niedawno prezydent Hanna Zdanowska tłumaczyła, że boisko z trybuną na ŁKS-ie będzie kosztować tak dużo, bo będzie "full wypas", a pod trybuną znajdzie się mocno rozbudowane zaplecze. Skoro trzy razy większy obiekt na Widzewie ma kosztować porównywalnie, zwykła logika wskazuje więc, że w nim tego "wypasu" zabraknie.

Wymowne znów jest też porównanie kwot. Po pierwsze - boisko z trybuną na ŁKS-ie kosztować będzie o połowę więcej niż założyło miasto, a stadion na Widzewie w wersji pełnej (cztery trybuny i drogi) - o blisko dziesięć procent mniej. Warto też wspomnieć o samych Mostach. Przy pierwszym przetargu przy al. Unii (dziewięć miesięcy temu) za budowę stadionu wraz z halą chciały 201 mln zł. We wrześniu za samo boisko z trybuną zażyczyły sobie już 96,8 mln zł. Czyli... o milion złotych mniej, niż ledwie pół roku później wyceniły budowę na Widzewie stadionu z trzema trybunami.

Czy rynek tak bardzo zmusił więc łódzką firmę do zejścia z ceny, czy też oczekiwania co do wyglądu i jakości stadionu są tak inne? O tym przekonamy się najwcześniej za kilka miesięcy, gdy poznamy projekt obiektu.

piątek, 17 stycznia 2014

Plotki o dotacje dla ŁKS-u nijak mają się do rzeczywistości

W ostatnich dniach jednym z najważniejszych sportowych tematów w Łodzi było to, czy uda się zwiększyć wydatki na dotacje dla klubów. Dzięki decyzji radnych tak też się stało, a UMŁ zamiast zapisanych w projekcie budżetu 2,8 mln zł przekaże drużynom o 1,2 mln zł więcej. W międzyczasie pojawiła się plotka, że dotacje zostaną podzielone nie na pięć klubów, jak to było rok temu, lecz sześć. Dopuszczony do nich miał być ŁKS, który podobno spełniał nowe kryterium, utworzone specjalnie dla niego, a dotyczące przynajmniej tysięcznej średniej frekwencji na meczach w Łodzi.

Plotka zaczęła żyć swoim życiem, a z czasem zaczęli ją komentować nie tylko kibice na forach, lecz także dziennikarze, a nawet - nieoficjalnie - przedstawiciele innych klubów, z którymi rozmawiałem. Byli oni zmartwieni, że w takim przypadku kawałek tortu, jaki otrzymają od UMŁ, znacząco się pomniejszy.

Najwyższa pora więc tę plotkę wyjaśnić. A prawda jest taka, że nijak ma się ona do rzeczywistości. By się o tym przekonać, wystarczy prześledzić zasady konkursu, które ogłoszono już miesiąc temu. W nich już w pierwszym punkcie napisano, że do złożenia ofert uprawnione są wyłącznie kluby, które spełniają jeden z poniżej wymienionych warunków: * grają w najwyższej klasie rozgrywkowej, przy minimum trzech poziomach lig lub * uczestniczą w rozgrywkach co najmniej I Ligi, a „zainteresowanie społeczności lokalnej przekłada się na minimum 1000 osobową średnią frekwencję w każdym meczu/zawodach, obliczoną za poprzedni sezon/rundę rozgrywkowy/ą na podstawie ilości sprzedanych biletów”.

O ile ŁKS może więc wykazać średnią frekwencję na poziomie 1 tys. widzów, o tyle raczej trudno drużynie z IV ligi będzie wykazać, że tak naprawdę gra w lidze pierwszej. Dlatego ŁKS może jedynie - podobnie jak rok temu - ubiegać się o pieniądze ze szkolenia sportowego. Będą one jednak znacznie mniejsze, bo wyniosą około 20 tys. zł.

A jeśli zastanawiacie się, jakimi kryteriami będzie kierować się komisja konkursowa przy ustalaniu wysokości dotacji, oto i one: * miejsce w lidze, * popularność dyscypliny i rozgrywek wśród społeczności lokalnej oraz * liczba drużyn młodzieżowych szkolonych na terenie Łodzi w danej dyscyplinie, które mogą stanowić zaplecze dla danego zespołu ligowego.

Tyle ode mnie na dziś i na styczeń. Pora na skromny urlop. Najbliższy brak wpisów nie będzie więc oznaczał, że z blogowania się wycofałem, tylko że ładuję akumulatorki na powrót ;) A zatem - mam nadzieję - do poczytania w lutym.

wtorek, 14 stycznia 2014

 Hanna Zdanowska podczas sesji rady miasta

Wiele razy pisałem w „Wyborczej” bądź na tym blogu o deklaracjach prezydent Hanny Zdanowskiej, która obiecywała więcej pieniędzy na sport. Ile te obietnice znaczyły, pokazywały czyny. Budżet na sport stopniowo stawał się coraz mniejszy, podobnie jak wydatki na dwa flagowe zadania - szkolenie sportowe oraz dotacje dla najlepszych łódzkich klubów. Po tym jak w poprzednim roku kwotę na te cele zmniejszono z 10 do 7,5 mln zł, w projekcie budżetu na 2014 r. przewidziano cięcia o kolejne 20 proc. - do 5,9 mln zł.

W międzyczasie byliśmy świadkami pogarszającej się sytuacji klubów, coraz trudniej dotrzymujących kroku rywalom z innych miast, które sport doceniają. Niektóre zresztą kroku nie dotrzymały. Do upadłych najważniejszych sekcji ŁKS-u, wkrótce mogą dołączyć inne kluby. Zmniejszenie dotacji może oznaczać koniec ekstraligi rugby dla Budowlanych i ekstraklasy dla koszykarek Widzewa, a mocno utrudni dalsze istnienie Widzewowi piłkarskiemu, siatkarkom Budowlanych i żużlowcom Orła.

Nic więc dziwnego, że mając przed sobą takie perspektywy łódzkie kluby zwróciły się do władz Łodzi oraz radnych z dramatycznym apelem. Proszą w nim przynajmniej o utrzymanie poziomu finansowanie z ostatniego roku.

Na ich miejscu nie liczyłbym jednak na zrozumienie ze strony władz Łodzi. Te swoje intencje pokazały już przedstawiając projekt budżetu. O tym, że nie zamierzają się z nich wycofywać, przekonały mnie ostatnie dni. W ubiegłą środę wysłałem do biura prasowego UMŁ pytania, w których poprosiłem m.in. o napisanie mi, czy władze Łodzi planują zwiększyć wydatki na dotacje i szkolenie, a jeśli nie, do dlaczego? Odpowiedzi nie otrzymałem do dziś.

Ostateczna decyzja będzie należeć jednak do radnych. Czy przygotowana przez Rafała Markwanta poprawka, przywracająca wydatki do poziomu z 2013 r., może zostać przez nich przegłosowana? Nieoficjalnie można usłyszeć, że szanse na to są duże. Wszystko zależeć będzie od tego, skąd mają pochodzić dodatkowe pieniądze. Jeśli np. z oszczędności akcji „Zima” bądź sprzedaży gruntu pod Bramę Miasta (to łącznie ok. 30 mln zł), poprawka powinna przejść. Szanse na przeforsowanie zmiany są tym większe, że po ubiegłorocznym rozłamie w PO frakcja prezydent Zdanowskiej jest w mniejszości.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że rolą miasta nie jest utrzymywanie klubów i wyręczanie w pracy ich zarządów. Ale tak samo jak dotują wieloma milionami instytucje kulturalne, tak samo powinny pomagać dającemu mieszkańcom nie mniej rozrywki sportowi. O tym, że w Łodzi mało komu na tym naprawdę zależy, można przekonać się porównując chociażby miejskie dotacje dla klubów ekstraklasy z dwóch poprzednich lat. Poza wspieranym przez KGHM Zagłębiem oraz Legią, Wisła, Cracovią i Lechem, gdzie miasta pomogły klubom głównie przez budowę stadionów i przekazanie ich w zarządzanie, wszystkie inne dały na swoich przedstawicieli co najmniej dwa razy więcej pieniędzy. I tak przez poprzednie 24 miesiące Gliwice przekazały Piastowi ponad 20 mln zł, Kielce - Koronie 16 mln zł, Gdańsk - Lechii 9,5 (mimo wybudowania w mieście PGE i Ergo Areny), Zabrze - Górnikowi 8 (buduje też stadion), Chorzów - Ruchowi 5,5, a „najgorszy” w tej stawce Białystok - Jagiellonii - 4,3. Widzew w latach 2012-2013 otrzymał 2,3 mln zł. Mniej niż w samym roku 2013 beniaminki ekstraklasy ze Szczecina (8,3 mln zł dla Pogoni) i Bydgoszczy (3,47 mln zł dla Zawiszy).

Jeśli radni razem z władzami Łodzi nie chcecie więc być współwinnymi dalszego upadku łódzkiego sportu - utrzymajcie chociaż niezbędne minimum. I przegłosujcie poprawkę.

P.S. Poniżej przedstawiam całą treść maila z pytaniami do UMŁ, na którego odpowiedzi nie otrzymałem już od tygodnia:

Witam,
1. Pod koniec listopada wysłałem pytania dotyczące budowy przy al. Unii boiska z trybuną. Zwróciłem się wówczas z prośbą o poinformowanie mnie, jakie konkretnie wydatki składają się na kwotę 94,4 mln zł, jakie UMŁ przeznaczył na przetarg. Chodziło mi zarówno o przedstawienie poszczególnych zadań (np. zakup sprzętu medycznego, instalacja oświetlenia, przeniesienie trybuny mobilnej itp. itd.), jak i podanie konkretnych kwot każdego z nich. W odpowiedzi został przekazany mi zakres prac projektowych i robót budowlanych. Poinformowano mnie również, że więcej będzie wiadomo po tym, jak wykonawca przedstawi harmonogram rzeczowo finansowy, w którym określony zostanie dokładniejszy podział prac. Wykonawca miał na to 21 dni od dnia zawarcia umowy, więc ten czas dawno już minął.
W związku z tym zwracam się z prośbą o udostępnienie mi harmonogramu rzeczowo-finansowego.
2. Przy okazji chciałbym również spytać, czy władze Łodzi przygotowały autopoprawki do budżetu [na prośbę rzecznika doprecyzowałem - chodziło oczywiście o projekt budżetu], które dotyczą wydziału sportu bądź sportowych inwestycji nadzorowanych przez biuro inwestycji? Chodzi o wszystkie zmiany, lecz w szczególności planowane wydatki na dotacje dla klubów ligowych oraz szkolenie sportowe, a także o zapisanie w budżecie remontu/przebudowy hali przy ul. Skorupki.
3. Jeśli władze Łodzi nie planuję zwiększyć wydatków na dotacje i szkolenie, to dlaczego? I jak to się ma do słów prezydent Zdanowskiej, która na majowej konferencji z szefami Widzewa i LKS deklarowała, że część zaoszczędzonych pieniędzy zostanie przeznaczona na szkolenie?
4. Według słów pani prezydent, możliwość remontu hali przy ul. Skorupki miała być "mocno rozważana". Jeśli władze Łodzi nie chcą doprowadzać do tego remontu, to co zadecydowało o tym, że ta "mocno rozważana" opcja upadła? 

Z góry dziękuję za odpowiedzi
Pozdrawiam

piątek, 10 stycznia 2014

 Młody chłopczyk podczas zabawy

 

W ostatnich dniach poznaliśmy najnowszy ranking Centrum Szymona Wiesenthala. Największa na świecie organizacja walcząca z antysemityzmem w dziesiątce największych obelg pod adresem Żydów z 2013 r. umieściła „zabawę” kiboli ŁKS z lutowego turnieju w hali przy al. Unii. Za 2 zł uczestnicy imprezy mogli zagrać w „Rzut w Żyda” i trzykrotnie rzucić gwiazdką ninja w kukłę ubraną w strój Widzewa. Za swój bezmyślny pomysł trafili na listę z m.in. radykalną prawicową partią węgierską Jobbik, irackim duchownym, który powiedział, że Allah wybrał Żydów, by byli najbardziej nędznym ze wszystkich ludzi, a Hitlera, by ich zabić, czy też uczniami z miejscowości w Pine Bush (w stanie Nowy Jork), którzy wrzucali swoich żydowskich rówieśników do śmieci, rysowali na ich twarzach swastyki i bili kijami hokejowymi. Na czele rankingu jest za to duchowy przywódca Iranu Ali Chamenei, który nazwał Izrael „wściekłym psem regionu”, a jego liderów „bestiami, których nie można nazwać ludźmi”. Łódź - dzięki kibolom ŁKS-u - znalazła się obok nich wszystkich.

Żeby nie było niedomówień - antysemickie zachowania nie dotyczą tylko kiboli ŁKS-u, którzy nazywają Widzew „Żydzewem”. Dotyczą także kiboli Widzewa, którzy nazywają ełkaesiaków „pejsami”, a przy wejściu do swojego sklepiku mieli napis „Żydom wstęp wzbroniony” (o czym zresztą również napisaliśmy). I wreszcie dotyczy także kiboli z Poznania, Warszawy, Krakowa, Wrocławia czy innych polskich miast, które w meczach z łódzkimi zespołami najchętniej śpiewają o posyłaniu Żydów do Auschwitz, a jeszcze lepiej - do gazu.

Odpowiedź na pytanie, dlaczego Łódź tak bardzo kojarzona jest z Żydami, leży w historii i jest bardzo prosta: bo przed wojną Żydzi byli pod względem liczebności drugą narodowością w mieście. Wielu z nich budowało zresztą Łódź, stawiało w niej piękne kamienice i dawało pracę dziesiątkom tysięcy ludzi. „Miasto włókniarzy” było zresztą domem dla wielu narodowości - nie przypadkowo właśnie w nim wymyślono kilka lat temu Festiwal Dialogu Czterech Kultur.

W myśleniu kiboli największym paradoksem jest to, że oba kluby mieszkańcom o żydowskim pochodzeniu zawdzięczają bardzo wiele. Założycielami ŁKS-u byli m.in. Arnold Heiman i Jerzy Hirszberg, a pierwszym prezesem Ryszard Winter, pochowany na cmentarzu żydowskim. W latach 20. ubiegłego wieku jednym z głównych sponsorów był z kolei Maurycy Poznański, syn bodaj największe łódzkiego fabrykanta o jakże wymownym imieniu - Izrael. Z kolei w przypadku drugiego łódzkiego zespołu można przypomnieć historię „Widzewskiej Manufaktury”, która stała za podwalinami klubu, a która była miejscem pracy dla Polaków, Niemców czy Żydów. Bo taka właśnie była wtedy Łódź - wielokulturowa. I czy coś to zmienia, coś w tym złego? Oczywiście, że nie.

Mój przyjaciel ożenił się z Brazylijką. Gdy pierwszy raz przyjechała odwiedzić go do Łodzi, mówiła mi, jak bardzo jest zdziwiona tym, że łódzkie kluby mają cokolwiek wspólnego z Izraelem. I że szczycą się tym faktem bardziej, niż polskością. Wnioskowała tak po murach dziesiątek budynków, na których nazwy RTS czy ŁKS były wpisane w gwiazdę Dawida. Długo próbowałem wytłumaczyć jej, że owszem, łódzkie kluby mają cokolwiek wspólnego z Izraelem, ale wcale się tym nie szczycą. W ten sposób chcą obrażać siebie nawzajem. Nie zrozumiała.

"Żydowskiego kontekstu" nie rozumie też zapewne spora część kiboli. Dla nich nazwanie kogoś w obraźliwym tonie Żydem nie jest oznaką antysemityzmu. To po prostu kolejna obelga, taka sama jak wszystkie inne. A może i jeszcze gorsza. Świadczy to jedynie o ich ogromnej niewiedzy o historii własnych klubów, ignorancji bądź po prostu bezmyślności.

Chciałbym mieć nadzieję, że umieszczenie Łodzi we wspomnianym na początku rankingu będzie powodem do refleksji. Że wreszcie zdamy sobie sprawę, jak wielkim problemem jest antysemityzm, a spowszedniałe antyżydowskie hasła wypisywane na murach nie są wcale czymś normalnym. Przede wszystkim chciałbym jednak mieć nadzieję, że na refleksji się nie skończy i zaczniemy z takimi patoligicznymi zjawiskami walczyć. Będziemy ścigać, karać, ale i edukować. Trudno mi jednak wierzyć tak w jedno, jak i w drugie.

Po opublikowaniu przeze mnie „Rzutu w Żyda”, prokuratura równie szybko wszczęła postępowanie, co je umorzyła ze względu na „brak znamion czynu zabronionego”. Dzisiejszą (piątkową) „Wyborczą” otwiera z kolei artykuł o umorzeniu postępowania przez prokuraturę w Poznaniu, która w hasłach kiboli Lecha w trakcie meczu z Widzewem (znowu wysyłali Żydów, znaczy łodzian, do gazu) nie dopatrzyła się przestępstwa. M.in. dlatego, że „wydarzenie sportowe” to nie „zgromadzenie czy inne forum prezentacji poglądów”, a treść haseł adresowana była wyłącznie do zawodników i sympatyków przeciwnej drużyny, a nie Żydów. Hmm... Nie wiem, czy dobrze rozumiem, ale poznańska prokuratura zapisała się chyba w historii. Oto bowiem wyzywanie kibiców rywala od Żydów (w oczywiście negatywnym znaczeniu) to nie antysemityzm, bo przecież nie są oni Żydami. Wychodzi więc na to, że takie okrzyki byłyby dopiero złe, gdyby Żydami nazywano Żydów. Ale czy to aby czasami nie nazywa się stwierdzenie faktu? Idąc tokiem rozumowania prokuratury, gdy chcąc kogoś obrazić nazwę go świnią albo męskim przyrodzeniem nie będzie można mówić, że go obraziłem, bo przecież tą świnią i męskim przyrodzeniem nie jest. Doprawdy, genialne. Czemu się jednak dziwić, skoro dla innych prokuratur swastyka to hinduski znak pokoju, a sformułowanie „żydowskie ścierwo” nie obraża...

W ten oto sposób zbliżamy się do kolejnej ważnej sprawy - świadomości. O tym, że duża część kiboli nie ma pojęcia co i czemu śpiewa, już napisałem. Ale przecież nie każda taka osoba to stereotypowy łysy drab w dresach. Nie można też zakładać, że każdy jest antysemitą w najgorszym tego słowa znaczeniu. Na derbach Łodzi do przyśpiewki „kto nie skacze ten z Żydzewa” podskakuje prawie cały stadion. Wszyscy są antysemitami i kibolami? Gdy drużyny z innych miast grają z łódzkimi, do gazu kibiców gości posyłają tysiące osób. Gdy mecze są w Łodzi - całe sektory gości. Wszyscy są antysemitami i kibolami? Czy 12-latni młody widzewiak piszący na murze ŻKS naprawdę jest zwolennikiem Hitlera, a na dobranoc czyta „Mein Kampf”? Czy Michał Figurski mówiąc o "Żydzewie" i Marek Chojnacki skacząc do wspomnianej przyśpiewki też są pełnymi nienawiści do Izraela nacjonalistami? Ilu z nas powiedziało do kogoś „Ty Żydzie” w formie żartu choć raz w życiu?

Niestety, używanie słowa „Żyd” jako obraźliwe jest po prostu powszechne i uchodzi wręcz za normę społeczną. Często nie widzi się w tym nic złego, a tym bardziej - antysemickiego. Dlatego też widoczny na zdjęciu chłopczyk, któremu zaproponowano grę „rzut w Żyda”, traktuje to jako śmieszną zabawę. I dlatego też prędzej niż wyleczymy się z ksenofobii, wylądujemy w kolejnym rankingu antysemitów.

piątek, 03 stycznia 2014

 Nowa kampania Legii i jej kontrowersyjne hasło

O tym, że chwytliwe hasło jest podstawą pr-owego sukcesu, przekonywać chyba nie trzeba. Tę jedną z podstawowych reguł marketingu postanowili wykorzystać w Legii. Do końca stycznia w prasie, internecie czy na tradycyjnych nośnikach trwać będzie więc kampania promująca warszawski klub. A chwytliwe z założenia hasło brzmi: „Możesz być nawet z ... jeśli jesteś kibicem Legii”. W miejsce kropek wstawiona będzie nazwa jednego z pięciu największych - poza stolicą - polskich miast: Krakowa, Poznania, Wrocławia, Gdańska i oczywiście Łodzi. - Te miasta mają jedynie zaznaczyć obecność i sympatię do Legii, która jest odczuwalna bez względu na podziały administracyjne - tłumaczy Jakub Szumielewicz z zarządu klubu ze stolicy.

Szumielewicz tłumaczy, że „Legia ma fanów w całej Polsce”, „ich grupa jest liczona w milionach sympatyków”, a tzw. kart kibica wystawiła już blisko ćwierć miliona. - Zależy nam bardzo, aby poprzez kampanię pokazać jak wielka i ogólnopolska jest to społeczność. Chcieliśmy wystąpić ponad podziałami i pokazać, że wszyscy dopingujemy w jednych barwach i pod jednym herbem. Wiemy, że w każdym miejscu Polski są nasi sympatycy i ta kampania to ukłon w ich stronę - dodaje.

Można więc powiedzieć, że Legia chciała być jak Nokia, która łączy ludzi. Problem z tym, że z nowym sloganem warszawski klub nikogo raczej nie połączy. Wymyślając takie hasło, pracownicy działu marketingu widocznie musieli myśleć, że tak jak Carlsberg w piwie, tak i oni są prawdopodobnie najlepszym działem marketingu na świecie. Prawie się nie mylą. A że jak dobrze wiadomo dzięki reklamie Żywca prawie robi wielką różnicę, to mylą się bardzo. To są, szanowni pracownicy Legii, udane hasła marketingowe.

Warszawskie nie jest. Jest za to obraźliwe. Bo przez najbliższe tygodnie mieszkańcy naszego miasta idąc ulicą będą dowiadywać się z billboardów, że są gorsi. Że sam fakt bycia łodzianinem czyni z nich ludzi niższej kategorii. Bo tyle właśnie sugeruje użycie słówka „nawet”. Swoją drogą ciekawe, jak czuliby się mieszkańcy stolicy, gdyby uświadomiono ich hasłem: „Musisz być spoza Warszawy, jeśli jesteś kibicem Legii”? Zamieszanie podobne do tego ze „słoikami” gwarantowane.

Najnowszy pomysł marketingowców Legii prowadzi też do zwiększenia i tak nie małych już antagonizmów pomiędzy kibicami z Warszawy i Łodzi (czy też innych miast). Wbrew temu, co twierdzi Szumielewicz, klub nie stanął w ten sposób ponad podziałami, a doprowadził do ich powiększenia. Pracownicy Legii wykazali się kompletnym brakiem wyobraźni, co może przynieść negatywne skutki. Nie wydaje mi się, żeby warszawskie billboardy przetrwały w Łodzi w nienaruszonym stanie więcej niż kilka dni. A podczas kolejnego meczu łódzkiej drużyny z Legią wyzwiska i obraźliwe przyśpiewki będą zapewne jeszcze głośniejsze. Chyba nie o takie efekty kampanii chodziło...

Hasło Legii miało być śmieszne? Powinno się podejść do niego z dystansem i nie przejmować tym tak bardzo? Może i tak. Ja dystans do siebie mam i jakoś specjalnie urażony się nie poczułem. Ale ja to ja. Poza tym pomyślałem sobie, co stałoby się po kampanii: „Możesz być nawet z Izraela/Afryki/homoseksualistą, jeśli jesteś kibicem Legii”. No właśnie... Czyli chyba jednak nie wszystko jest w tej kampanii ok.

Wszystkie przemyślenia prowadzą mnie więc do wniosku, że w warszawskim klubie kierowali się nie rozumem, a sercem. Że w ten sposób tak naprawdę chciano pokazać nie „wszechobecność sympatyków Legii”, lecz jej wyższość. I po prostu wbić szpilę „miejscowym”. Mało ma to wspólnego z podejściem profesjonalisty, wiele za to z podejściem kibica. Jest jeszcze coś, co mnie w tym przekonaniu utwierdza. Po wejściu na artykuł z oficjalnej strony Legii, rzuciło mi się w oczy, że otwiera go reklama billboardu właśnie z Łodzią. Dlaczego, skoro ŁKS czy Widzew nie są głównymi rywalami drużyny ze stolicy w walce o tytuł? Dlaczego, skoro Łódź nie jestem też drugim największym miastem w Polsce? Może to był przypadek. A może dlatego, że od 17 lat ostatnim polskim klubem, który grał w Lidze Mistrzów, pozostaje nie Legia, a Widzew.


wtorek, 31 grudnia 2013

 Sylwester Cacek

Katolicy maja Boże Narodzenie i Wielkanoc, Żydzi Chanukę i Jom Kippur, wyznawcy Islamu Ramadan, a Pastafarianie... nie wiem co. Dzisiaj, czyli 31 grudnia, mamy jednak święto, przy którym wszystkie święta tego świata maleją do mikroskopijnych rozmiarów. Mamy Sylwestra. Ten dzień jak żaden inny jednoczy ludzkość na całej planecie. Większości z Was wydaje się zapewne, że świętowane jest upłynięcie roku kalendarzowego, czyli zakończenie kolejnego okrążenia Ziemi wokół słońca. No to wiedzcie, że źle się Wam wydaje. Dzisiaj przede wszystkim mamy imieniny Sylwestra. Czyli dzień zakończenia kolejnego okrążenia wszechświata wokół Cacka.

Wiem, piszę głupoty. Trudno jednak nie pisać takich głupot, gdy jest się po lekturze kolejnego nokautującego wywiadu z kiedyś jawnym, a dziś nieco bardziej skrytym właścicielem Widzewa. Właścicielem, który wszystko wie najlepiej, na wszystkim najlepiej się zna i wszystko ma idealnie zaplanowane. My, maluczcy, mamy to szczęście, że raz na jakiś czas rzucane są przed nas werbalne perły i możemy pochłaniać kolejne prawdy. Ostatnio ukazano je na portalu futbolnews.pl, czego oczywiście w żaden sposób nie można łączyć z faktem, że jest to pozostałość po magazynie „Futbol”, który swego czasu założył sam wywiadodawca. Taki tam przypadeczek.

Tym razem dowiedzieliśmy się, że w polskiej lidze wszystko można wybiegać, a jedyne co trzeba zrobić, to dobrać chłopaków o bardzo dobrych parametrach motorycznych. Celnie skomentował to już mój redakcyjny kolega, Jarek Bińczyk, który zaproponował działaczom Widzewa wycieczkę nie do Southampton, a Kenii. Tam długodystansowców nie brakuje. Z wywiadu dowiadujemy się też, że winnym obecnej sytuacji jest nie kto inny, jak Radosław Mroczkowski. Bo grupa zawodników, jaką zostawił „bardziej nadaje się na pierwszą ligę, niż ekstraklasę”. No i przede wszystkim - „nie przestrzegał przyjętych założeń dotyczących potencjału wydolnościowego zawodników”, a „parametrów nie oszukasz”. Nie jestem pewien, ale mogę się domyślać, że panu Sylwestrowi złotą regułę futbolu zdradził syn Mateusz, który wcześniej przeszedł wieloletnie szkolenie z parametrów na Football Managerze.

Wszechwiedzący wytłumaczył też nam, że w Polsce i całej Europie jest naprawdę wielu piłkarzy z kartą na ręku i można przebierać w nich do woli. „Trzeba tylko wiedzieć, kogo się szuka, na jaką pozycję, o jakich parametrach mentalnych i motorycznych”. Oczywiście winny też jest Mroczkowski który „uwierzył w swoją gwiazdę”, przez co „latem pogubił się w doborze zawodników”. A co gorsza - jak przypuszczam - w ogóle nie zaglądał na parametry. Nawet w Fifie. Gdyby to zrobił, wiedziałby, że taki Lewon Airapetian ma „strenght” 53, a „staminę” 51 i do Widzewa by go nie ściągał. Naprawdę szkoda, że w parametry nie zaglądano tak skrupulatnie kilka lat temu, gdy na al. Piłsudskiego sprowadzono chociażby niejakiego Bogdana Stratona. Można by o nim powiedzieć piłkarz-legenda, gdyby nie to, że prawdziwa jest tylko część o legendzie. Do tej pory nie ustalono, czy piłkarzem jest aby na pewno. Rodzina Cacków musiała chyba uznać, że brak parametrów w Football Managerze oznacza jednak, że Straton jest za dobry, by umieszczać go w grze. Pewnie dlatego dała mu ogromny kontrakt za to, by mógł chociaż siedzieć na trybunach i swą obecnością uszlachetniać widowiska sportowe.

Wywiad z Cackiem jest pełen perełek i wszystkich opisać nie sposób. Mnie kilka z nich olśniło jednak najbardziej. Znów nie zabrakło zachęcenia lokalnych sponsorów do inwestowania w klub. A że jak dobrze wiadomo nie ma większej zachęty do rozmów, niż danie potencjalnym rozmówcom w twarz, to wszechwiedzący po raz kolejny nie omieszkał spoliczkować Grzegorza Waraneckiego. Jakże pięknie musi wyglądać lico po odciśnięciu na nim cackowej dłoni... Ach, jakże pięknie... Dowiedziałem się także, że Widzew po fazie „bycia jak Real Madryt” przeszedł do etapu „być jak Borussia Dortmund”. Ona swego czasu, tak jak teraz Widzew, także prowadziła postępowanie układowe upadłościowe. „Wyczyściła wszystkie długi i wyszła na prostą, a teraz jest stawiana za wzór jednego z najlepiej zarządzanych klubów w Europie. Pionierzy mają zawsze najciężej, lecz Widzew pokazał innym klubom ekstraklasy kierunek wyjścia z tej spirali zadłużania”. Tak, moi drodzy, dobrze czytacie. Widzew niczym Borussia pionierem już jest, tak samo jak i drogowskazem, a jednym z najlepiej zarządzanych klubów w Europie będzie już niebawem.

Jeśli tak jak i mnie trudno wam nadążyć za logiką Cacka, to co powiecie na to? „Wielkie słowa uznania należą się natomiast Komisji Licencyjnej PZPN, która na przykładzie upadłości układowej Widzewa wykonała kawał naprawdę świetnej roboty przy regulacjach licencyjnych na przyszły sezon. (...) Z kolejnymi klubami, których takie postępowanie naprawcze nie ominie, będą już mieli [audytorzy] zdecydowanie z górki. Można powiedzieć, że casus Widzewa odegrał znaczącą rolę przy powstaniu nowego podręcznika licencyjnego ekstraklasy, który teraz powinien znacznie ułatwić pracę komisji.” Nie wiem, czy Cacka mam traktować bardziej jak nowożytnego Prometeusza, czy jak Jezusa. Bez względu na to wychodzi jednak bezapelacyjnie, że należy mu się wieczny szacunek i chwała. Bo kto inny w imię ratowania polskiej piłki i miłości do klubu postanowiłby poświęcić swoje ukochane dziecko na ołtarzu? A no tak. Pomyliłem się. Cacek jest jednak nowożytnym Abrahamem.

Najjaśniejszą perełkę zostawiłem jednak na koniec. Naprawdę, pływam w zbyt płytkim brodziku intelektualnym, by ją pojąć. Cacek pytany o to, czy Widzew się utrzyma, odpowiedział: „Nie wiem, ale w to wierzę. Natomiast co to ma za znaczenie! Ważne, by Widzew grał dobrą i ładną dla oka piłkę. Z punktu widzenia sportowego spadek zawsze jest dramatem, ale z punktu widzenia budowy klubu - na pewno już nie. Nie popełnimy starych błędów i nie będziemy stawiać konia za wozem wydając więcej niż mamy. Większe europejskie kluby niż Widzew grają w niższych klasach.”

I stała się pomroczność jasna. Tak o to nie ma znaczenia, czy Widzew będzie grał w ekstraklasie, czy też nie. Nie jest to żadnym dramatem (szczerze i choć raz w pełni poważnie mówiąc, słowa te traktuję jako usprawiedliwianie zawczasu spadku drużyny, dlatego w tym momencie na miejscu kibica Widzewa pogodziłbym się już, że to ostatni sezon drużyny w ekstraklasie). Na miejscu Cacka poszedłbym jednak dalej, bo wszystko składa mi się wreszcie w piękną, spójną całość. Nasz kochany znawca futbolu w ramach budowania „Wielkiego Widzewa” postanowił doprowadzić klub do upadku i sprowadzić go na dno dna. Bo jak wiadomo im niżej upadniesz, tym wyżej będziesz mógł się odbić. Logiczne, prawda? A że co nie zabije, to wzmocni, klub z al. Piłsudskiego po odrodzeniu niczym Borussia z popiołu będzie miał moc „Avengersów” i „Zaczarowanego Ołówka” razem wziętych. Co więcej, po drodze dzięki genialnemu planowi Cacka uratuje nie tylko inne polskie kluby, ale i całą polską piłkę. Kto wie, biznesmen może nawet zdradzi naszej reprezentacji, jak przy odpowiednim dopasowaniu parametrów mentalnych i potencjału wydolnościowego pokonać Mołdawię. A potem to już tylko mistrzostwo Polski, europejskie puchary na 30-tysięcznym stadionie i pokonanie Realu Madryt w półfinale Ligi Mistrzów. Bo niby czemu ograniczać się do bycia Borussią tylko w zarządzaniu?

Myślę, że razem z wcześniej głoszonymi przez Cacka prawdami tych prawd uzbierało się już tak dużo, że należałoby uznać je wręcz jako prawdy objawione, spisać na kamiennych tablicach i umieścić w sanktuarium. Można pójść nawet krok dalej i założyć nową religię. Może Kościół Paplającego Oratora Cacketti? A jeśli nie uda się z kościołem, to może chociaż coś ze Stanisławem Bareją? I jakaś strona na Facebooku? „Bareizmy wiecznie żywe” polubiło już ponad 100 tys. osób. Ja z chęcią polubiłbym Cackoizmy i zapisywał je gdzieś w dzienniczku.

Tak czy inaczej będzie wesoło. Na szczęście możemy być pewni, że prawdy będą objawiane nam w kolejnych wywiadach i oświadczeniach. A Cackoizmy będą wiecznie żywe. Na wieki wieków. Sylwester.

A właśnie, przypomniało mi się. Najwyższa pora odejść od monitora i zacząć wreszcie świętować z resztą ludzkości. Mamy w końcu imieniny Sylwestra.

poniedziałek, 23 grudnia 2013


Wiem, że to blog głównie sportowy, ale uprzedzałem już kiedyś, że raz na jakiś czas być może będę pisał też o innych sprawach. Z racji tego, że zaczynają się święta, taka jedna sprawa właśnie mnie naszła. Jej bohaterem jest Pan z Tesco, który jednym swoim uczynkiem... a zresztą przeczytajcie sami - oto felietonik, który w Wigilię znajdzie się także w naszym łódzkim dodatku "Wyborczej". Mam nadzieję, że nie zanudzicie się za bardzo i przede wszystkim - będziecie jak ja mieć udane święta ;)
---

Urodziłem się 25 grudnia, a 26 grudnia poznałem swoją obecną partnerkę, Rozanę. Święta Bożego Narodzenia powinny być więc dla mnie okresem bardzo radosnym. Mimo to zamiast ich oczekiwać, co roku mam nadzieję, że miną jak najszybciej. Mam dość widoku świątecznych ozdób już od początku listopada, piosenki „Last Christmas” w każdym sklepie i ludzi trąbiących na siebie w drodze do galerii handlowej. Tak, prawdziwa magia świąt...

Wydawało mi się, że o jej „sile” przekonałem się kilka dni temu, gdy byłem w Empiku odebrać paczkę z prezentem. Później poszedłem jeszcze do Tesco, by kupić coś do domu. Po godzinie zorientowałem się, że paczkę z książkami zostawiłem przy samoobsługowej kasie. Wróciłem więc do sklepu i spytałem, czy ktoś nie zgłosił zguby. Oczywiście - nie zgłosił. Zły, ale niezaskoczony, pobiegłem do Empiku raz jeszcze, by kupić - jak się okazało - ostatni komplet książek.

Minął dzień. Telefon od mojej dziewczyny: „Nie uwierzysz, co się stało. Dzwonili z Empiku. Jakiś pan przyszedł i powiedział, że ktoś w Tesco zostawił paczkę z książkami. Przyniósł ją osobiście, bo wiedział, że ktoś może się po nią zgłosić”.

Wczoraj poszliśmy odebrać zagubioną paczkę. Niestety, nie miałem paragonu na drugi komplet, bo w nerwach zapomniałem go wziąć. Zresztą nawet nie myślałem, że może się jeszcze przydać. Mimo to przedstawiliśmy naszą historię i spytaliśmy się, czy jest szansa na zwrot nadliczbowego kompletu książek. W naszą sprawę - mimo wielkich kolejek - zaangażowały się dwie panie, a do tego jeszcze kierowniczka sklepu. Zwrot, ku naszemu zaskoczeniu, został przyjęty bez żadnych problemów.

Panie z Empiku wcale nie musiały nam pomagać, bo przecież nie mieliśmy paragonu. Pan z Tesco mógł zabrać paczkę do domu i nikt by o tym nie wiedział. I to właśnie jemu chciałbym podziękować najbardziej. Tym bezinteresownym gestem podarował mi prezent najlepszy z możliwych - przywrócił wiarę. Nie w magię świąt, lecz znacznie ważniejszą: w ludzi.

Miło wiedzieć, że jednak nie jest z nami aż tak źle i że nawet w tej świątecznej gonitwie znajdujemy czas, by komuś pomóc. Bez oczekiwania niczego w zamian. Tak po prostu. Dzięki temu najbliższe święta miną mi znacznie przyjemniej. A kto wie, może nawet je polubię?

20:39, szymonbujalski1
Link Komentarze (5) »
piątek, 20 grudnia 2013

 Czy Widzew czeka nieunikniony upadek?

Święta tuż-tuż, więc wiara w cuda powinna wypełniać nasze serca równie mocno, co miłość do bliźniego swego. Każdy z nas ma pewnie swoją listę cudów, których chciałby doświadczyć najbardziej. Ja na ten przykład nie miałbym nic przeciwko dniu bez informacji o Smoleńsku, polskich księżach i Robercie Lewandowskim. Taki mały cud, ale od czegoś przecież trzeba zacząć. Dla kibiców Widzewa znacznie większym marzeniem jest zapewne zobaczenie ich drużyny występującej w grudniu przyszłego roku wciąż na boiskach ekstraklasy.

Że nie jest to do spełnianie marzenie łatwe, przekonywać specjalnie chyba nie trzeba. Ostatnie miejsce w tabeli i zero punktów na wyjeździe nie wyglądałoby jednak aż tak przerażająco, gdyby nie to, co działo się, wciąż się dzieje i najpewniej dziać się w najbliższych tygodniach dalej będzie. Oczywiście kibice mają prawo wierzyć w Cud nad Łódką, bo przecież w coś wierzyć muszą. Ale ja nie jestem kibicem, a dziennikarzem, więc staram się oceniać na chłodno. A taka chłodna kalkulacja prowadzi mnie do jednego wniosku - było źle, a bez cudu będzie jeszcze gorzej.

Jeśli od dwóch lat Widzew co rundę traci wyróżniających się piłkarzy, a w ich miejsce przychodzą coraz mniej znani, coraz tańsi i po prostu coraz słabsi, to czego można od nich oczekiwać? Nieprzypadkowo Radosław Mroczkowski w przypływie szczerości powiedział podczas swej ostatniej konferencji prasowej, że gdyby mógł, to nabór do drużyny przeprowadził raz jeszcze. Bo obecni piłkarze Widzewa są po prostu słabi, a większość z nich ekstraklasę powinna oglądać co najwyżej w telewizji. I to internetowej, gdzie transmisja tnie się bez przerwy.

Osobnym tematem pozostaje, jak z tą całą zbieraniną radzi sobie trener. Rafał Pawlak miał dobry start, ale że jak dobrze wiadomo faceta poznaje się po kończeniu, to pod choinkę należy mu się rózga. Tak jak nijaki jest na konferencjach prasowych, tak nijaki okazał się styl, w jakim gra jego drużyna. O ile o jakimkolwiek stylu może być w ogóle mowa. Bo granie długiej piłki na Eduards Visnakovsa, zgodnie z przewidywaniami, bardzo szybko stało się banalnie przewidywalne i przez to łatwe do zneutralizowania.

Przyznam, że do tego wpisu zbierałem się już jakiś czas. Impulsem, który zebrał mnie ostatecznie, była środowa debata w TV Toya, poświęcona w całości sytuacji klubu z al. Piłsudskiego. Udział wzięli w niej prezes Widzewa Paweł Młynarczyk, Wojciech Borkowski, jeszcze do poniedziałku przewodniczący rady nadzorczej, a także biznesmen Grzegorz Waranecki, znany też jako „Żagiel”.

Z kilku powodów debata ta była według mnie dla Widzewa pogrążająca. Oto bowiem naszym oczom ukazała się smutna prawda - Widzew jest podzielony na całego, każdy chce ciągnąć wózek w inną stronę, a wzajemne żale i pretensje wygłaszane są już nawet publicznie. Jeśli (niedawny) przewodniczący rady nadzorczej ruga zarząd i mówiąc wprost nazywa jego członków nieudacznikami, którzy wprowadzili klub w obecne problemy, to coś tu jest nie tak. Jeśli razem z „Żaglem” krytykują urlopowanie Mroczkowskiego, nazywając je m.in. największą głupotą (Waranecki) i zachowaniem niegodnym (Borkowski), to ponownie - coś tu jest nie tak. Że prawdę mówili? Może i mówili. Ale pytanie, czy powinni mówić ją na antenie telewizji i w ten sposób publicznie prać brudy? Co kieruje Waraneckim, gdy wyciąga listę z życzeniami transferowymi od Pawlaka i odczytuje ją na głos, skoro jak zakładam otrzymał ją w tajemnicy i zaufaniu? To wszystko pokazuje, jak zła atmosfera panuje w klubie i jak ogromne wewnętrzne spory nim targają. Skoro nie obowiązuje zasada „wszystkie ręce na pokład”, to trudno oczekiwać, że łajba nie zatonie.

Atmosfera, atmosferą, ale pozostaje jeszcze najważniejsze - działania. Podczas debaty padły słowa, że klub jest organizacyjnie i finansowo w „rewelacyjnej” sytuacji. Tak, tak. Rewelacyjnej. Owszem, doprowadzenie do układu to duży sukces. Owszem, cieszy też to, że - jak powiedział Borkowski - Widzew może być jedynym klubem ekstraklasy, który na koniec roku osiągnie zysk (podobno około 500 tys. zł), bo wreszcie wydaje mniej niż zarabia. Ale, ale... Pan Borkowski zapomniał dodać, dlaczego jest to możliwe. A jest nie dlatego, że Widzew zaczął zarabiać miliony, lecz dlatego, że nie miał czego wydawać. Raz, że przez cały rok był nadzorca sądowy, dwa - że Sylwester Cacek po wpompowaniu w klub 60 mln zł wreszcie zmądrzał i powiedział stop.

Biedny jak mysz kościelna klub większości nowych piłkarzy czy obecnemu trenerowi płaci więc w okruchach sera (mówi się, że Pawlak zarabia 3 tys. zł miesięcznie). Nie stać go na nic (patrz: rezygnacja z wyjazdu do Hiszpanii), ciągnie na oparach, klepie biedę, ledwie dyszy... Nazwijcie sobie to, jak chcecie. Jeśli Pawlak zostanie jednak na swoim stanowisku, to właśnie z tego powodu, a nie dlatego, że „zarząd pokłada w nim ogromne nadzieje i wierzy w jego warsztat szkoleniowy”.

Wracając jednak do debaty, to dzięki niej dowiedzieliśmy się o szefach Widzewa znacznie więcej. Skoro prezes Młynarczyk nie żałuje zamiany Mroczkowksiego na Pawlaka, to... nie, nie ma tu co komentować. Tak samo, jak nie ma sensu krytykować oferowania Mroczkowskiemu pracy z dziećmi. To krytykuje się samo. Kończąc temat byłego trenera zdradzę Wam pewną ciekawostkę: podobno gdyby szefowie klubu wstrzymali się z decyzją jeden mecz, z powodu słabych wyników mogliby rozwiązać z nim kontrakt bez żadnych problemów. A tak choć Mrockzowski w klubie de facto nie pracuje, pensję pobiera co miesiąc.

To nie koniec. Najlepiej o podejściu działaczy świadczą ich plany. Prezes Młynarczyk powiedział, że nie wyobraża sobie, by zimą nie było wzmocnień. Cóż, ja sobie wyobrażam. Kto daje gwarancje, że zakaz transferowy i ograniczenia w kontraktowaniu zawodników zostaną zniesione? Ja nie daję żadnej. A jeśli do tego nie dojdzie, to już teraz można uznać Widzew za spadkowicza.

Pamiętajmy jednak, że nawet korzystna decyzja w tej sprawie jedynie otworzy przed klubem możliwości. Skorzystanie z nich to już zupełnie inna para bamboszy. Pisząc krótko: by kogoś kupić, trzeba mieć za co. A jak zdradził Borkowski i potwierdził Młynarczyk, w klubie nie ma pieniędzy na wzmocnienia. Największą szansę na ich znalezienie upatrują przy al. Piłsudskiego w sprzedaży Visnakovsa. Plan pozbycia się zdecydowanie najlepszego gracza, który jako jedyny stanowi zagrożenie pod bramką rywala, jest doprawdy genialny. Nagroda Darwina gwarantowana.

Załóżmy jednak, że ten cudowny plan nie wypali. Skąd kasa wtedy? Ano właśnie. Prezes Widzewa roztoczył wizje o sprzedaży nieruchomości przy ul. Brzezińskiej (co jakoś nie udaje się od dawien dawna), zaprosił też firmy do wejścia ze swoim logo na koszulki... i tyle. Jeśli wzmocnienia drużyny uzależnione są więc od niepewnego zdjęcia zakazu transferowego, średnio rozsądnej i jeszcze mniej pewnej sprzedaży najlepszego gracza oraz najmniej pewnych sprzedaży nieruchomości i ściągnięcia sponsorów, to o czym my w ogóle mówimy?

Prawda jest taka, że Widzew podążą drogą, którą w Łodzi w ostatnim czasie poznaliśmy aż za dobrze. Przepłacani zawodnicy→ zbyt duże wydatki→ brak wyników→ problemy finansowe→ cięcie kosztów→ jeszcze gorsze wyniki→ pozbywanie się najdroższych→ stawianie na młodych→ jeszcze gorsze wyniki→ upadek - schemat ten niedawno przerabiano już w ŁKS-ie zarówno piłkarskim, jak i koszykarskim. Obecnie oprócz Widzewa przerabiają go tez m.in. rugbiści Budowlanych. Trudno wierzyć, by w ich przypadku historia skończyła się inaczej.

Chłodna kalkulacja prowadzi do jednego wniosku - było źle, a bez cudu będzie jeszcze gorzej. Widzew stoi nad przepaścią. Wizja, że do niej spadnie, z każdym dniem przybliża się coraz bardziej. Zwłaszcza, że potrzeba nie jednego cudu w postaci utrzymania, lecz całej serii w postaci chociażby spłaty 14 mln zł w ramach układu czy budowy stadionu. To tematy na zupełnie inną historię, ale prowadzą do podobnych wniosków - koniec obecnego Widzewa jest bliski. I może nastąpić już w 2014 r.

Wesołych Świąt

poniedziałek, 16 grudnia 2013

Na umowie o korzystanie z tego boiska wyłożyła się kariera Jarosława Orszulaka, wicedyrektora MOSiR
Ponad miesiąc temu Orszulak podpisał w imieniu Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji umowę z ŁKS-em o rozłożeniu na raty 9-tysięcznego długu za korzystanie z boisk przy al. Unii. To nic nadzwyczajnego, bo wcześniej podobne porozumienia zawierały z miastem nie tylko ŁKS, ale i Widzew czy Budowlani. Z poprzednimi różni je drobny szczegół - w imieniu MOSiR parafował ją wiceprezes Orszulak, który... jest jednocześnie członkiem zarządu ŁKS-u.
- Na pewno cała sytuacja budzi wątpliwości natury etycznej. W sytuacji, gdy równocześnie jest się zaangażowanym w klub sportowy, pan Orszulak powinien wyłączyć się z postępowania, które tego klubu dotyczy. A tego nie uczynił. Gdyby to zrobił, żadnego problemu by nie było. Musieliśmy więc zareagować - tłumaczył powody pożegnania się ze swoim zastępcą Radosław Podogrocki, dyrektor MOSiR-u.
Orszulak w rozmowie ze mną zapewniał, że wszystko było przejrzyste. - Nie było żadnych machlojek czy ukrywania, że jestem w zarządzie ŁKS-u. Wiedzieli o tym wszyscy, łącznie z panią Luizą Staszczak-Gąsiorek [dyrektorka departamentu sportu], Longiną Lefik [dyrektorka wydziału sportu] czy dyrektorem Podogrockim. Jestem więc zdziwiony tą decyzją - tłumaczył.
UMŁ przedstawił inną wersję wydarzeń. Marcin Masłowski, rzecznik prasowy prezydent Hanny Zdanowskiej, zapewniał, że wszystko takie przejrzyste nie było. "Obowiązkiem pracownika samorządowego jest poinformowanie pracodawcy poprzez złożenie stosownego oświadczenia o fakcie podejmowania działalności, która może wpływać na jego bezstronność, w tym o zasiadaniu w organach zarządczych podmiotu prowadzącego działalność gospodarczą. Pan Jarosław Orszulak nie dopełnił omawianego obowiązku i nie złożył stosownego oświadczenia, ani żadnego innego dokumentu informującego o powyższym fakcie [...] Pierwszy zastępca dyrektora MOSiR nie poinformował również wskazanych przełożonych o podpisaniu przez niego umowy de minimis z podmiotem, w którego organach zasiada pan Jarosław Orszulak” - napisał w przesłanym do mnie oświadczeniu.
Choć sytuacja wydaje się jasna, to w ciągu kilku dni od zwolnienia Orszulaka pojawiło się wiele teorii. Jedna z nich mówi, że mało znanemu pracownikowi miejskiej spółki zamarzyła się kariera polityczna i z chęcią wystartowałby w zbliżających się wyborach. A pomaganie klubowi mogłoby zwiększyć jego notowania wśród kibiców-wyborców. Kolejna historia mówi, że i owszem, Orszulak chciałby zyskać na popularności. Ale nie po to, by zostać radnym, lecz prezesem ŁKS-u. Inna wersja wydarzeń przedstawia Orszulaka jako człowieka z nieodpowiedniej frakcji, na którego już od jakiegoś czasu szukano haka. Gdy ten tylko się pojawił, nie zawahano się ani przez chwilę, by powiesić na nim karierę wicedyrektora i pozbyć się niewygodnego pracownika.
To nie koniec spekulacji. Moja ulubiona historia mówi, że... zwolniłem Orszulaka razem z radnymi SLD. Ci drudzy na ostatniej komisji sportu „rzucili temat”, a moja skromna osoba go podchwyciła. A że wszyscy (znaczy ja i lewica) nienawidzimy ŁKS-u, z chęcią wykorzystamy każdą możliwość, by mu dołożyć. Miasto - przeczuwając co się święci - postanowiło więc stłamsić aferkę w zarodku.
W nauce istnieje wiele ciekawych reguł i teorii, które lubię przekładać na prawdziwe życie. Jedna z takich reguł to tzw. brzytwa Ockhama. Polega ona na tym, że jeśli mamy dwie teorie wyjaśniające jakieś zjawisko, założyć powinniśmy, że prawdziwa jest ta prostsza. W skrócie: gdy widzisz na niebie migające światełko, uznaj że to samolot, a nie UFO. Taką właśnie brzytwą Ockhama uciąłbym „aferę Orszulaka”. Były już wicedyrektor MOSiR może mieć nawet prezydenckie aspiracje i być niewygodny jak za ciasna para butów. W niczym nie zmienia to najważniejszego: postąpił niemoralnie, naruszył normy etyczne i został za to słusznie zwolniony. Była wina, jest i kara. Tylko tyle i aż tyle.

piątek, 06 grudnia 2013
Hala sportowa przy ul. Skorupki mimo kiepskiego stanu odremontowana nie będzie

W połowie października miasto wycofało się z budowy hali przy al. Unii, która miała powstać razem z boiskiem z trybuną. Powody były dwa. Po pierwsze - potwierdziło się, że Łódź nawet bez hali rozgrzewkowej przy Atlas Arenie będzie mogła zorganizować przyszłoroczne mistrzostwa siatkarzy, a po drugie - firmy, które zgłosiły się do przetargu, chciały za postawienie 3-tysięcznego obiektu zbyt dużych pieniędzy. Magistrat miał na ten cel zapisane 45,6 mln zł, a najtańsza oferta wynosiła 53,3 mln zł. Złożył ją Mirbud Skierniewice, któremu ostatecznie powierzono jedynie budowę boiska z trybuną.

Przy okazji konferencji spytałem prezydent Hannę Zdanowską, co stanie się z zaoszczędzonymi na hali pieniędzmi. - Trafią do ogólnej puli budżetu. Dalsze decyzje będą podejmowali radni. Mamy wiele rzeczy do zrobienia, jak np. remont hali na Skorupki czy innych obiektów sportowych - odpowiedziała, niejako wskazując, jakie są priorytety. O możliwym remoncie tego obiektu wspominała wówczas jeszcze dwukrotnie.

O tym, że remont wysłużonej hali sportowej jest potrzebny, przekonywać nie muszę. Wystarczy choć raz wejść do środka, by zobaczyć, że lata jej świetności przeminęły już dawno. I by przekonać się, że mimo to łódzkiemu sportowi wciąż jest bardzo potrzebna. Niedawno MOSiR za 1,089 mln zł zakupił nowy parkiet, który umożliwi treningi i rozgrywanie spotkań siatkarkom i koszykarkom ŁKS-u, zmuszonym do przenosin z hali przy al. Unii, której wyburzanie rozpocznie się już w przyszłym tygodniu. Obiekt ten będzie służyć im przynajmniej przez kilka najbliższych lat. Co więcej, korzystają z niego także inne kluby, jak choćby koszykarze ze szkoły Marcina Gortata, a nawet młodzi zawodnicy ŁKS-u.

Hala ta ma na tyle duże obłożenie, że nawet po podzieleniu jej na trzy części (wydzielone są  boiska do siatkówki, koszykówki i wielofunkcyjne) tętni życiem od rana do wieczora. A w najbliższym czasie będzie jeszcze tłoczniej, bo na grudzień stanie się domem także dla siatkarek Beef Master Budowlanych, które ze względu na inne imprezy w Atlas Arenie w swojej "domowej" hali trenować będą co najwyżej jeden raz przed meczem.

Mimo to oraz mimo wcześniejszych sugestii prezydent na remont dawnego Pałacu Sportu się nie zanosi. Bo w przedstawionym projekcie budżetu taki zapis się nie znalazł.

Nie oznacza to jednak, że już na pewno się nie znajdzie. Do remontu wciąż mogą doprowadzić radni, którzy nie dość, że sami mogą zgłaszać autopoprawki, to jeszcze do nich będzie należeć ostateczna decyzja o kształcie przyszłorocznego budżetu. Niedługo po wspomnianej konferencji własną zwołali zresztą radni klubu Łódź 2020, czyli tzw. florystów, który odeszli z PO po konflikcie wewnątrz partii. - Ponieważ nie będzie hali przy al. Unii, radni klubu Łódź 2020 zobowiązują się, że doprowadzą do tego, aby został dokonany kapitalny remont hali przy ul. Skorupki - poinformowała przed obiektem Wiesława Zewald, była wiceprezydent Łodzi odpowiedzialna za sport, a obecnie jedna z głównych twarzy nowego klubu. Powoływała się też na operat szacunkowy MOSiR-u, według którego główny remont hali wyniósłby 23 mln zł. Dodała przy tym, że w radzie miasta trwa już poszukiwanie sojuszników, którzy poprą tę inicjatywę.

Czy hala przy ul. Skorupki może więc odzyskać swój dawny blask? O tym przekonamy się za nieco ponad miesiąc. Głosowanie nad budżetem zaplanowano na 15 stycznia. 

środa, 04 grudnia 2013

Hanna Zdanowska na tle wymownego napisu

Gdy Hanna Zdanowska była jeszcze kandydatem na prezydenta, zapewniała, że jeśli dojdzie do władzy, wydatki na sport będą systematycznie zwiększane. Na przedwyborczej debacie w listopadzie 2010 r. przekonywała, że według niej co roku budżet wydziału sportu powinien zwiększać się o 10 mln zł. Gdyby tak było, w przyszłym roku wynosiłby on 76 mln zł (licząc tzw. zadania bieżące i własne). Jak to się ma do rzeczywistości? W przedstawionym niedawno projekcie zapisano 33 mln zł.

Flagowymi zadaniami miasta w zakresie sportu są dotacje dla drużyn ligowych, wcześniej znane jako promocja przez sport, a także szkolenie. Pieniądze na ten pierwszy cel trafiają do wąskiej grupy najlepszych drużyn. Pozostałe dzielone są już na kilkadziesiąt klubów, a najlepiej szkolące młodzież otrzymują z magistratu po kilkaset tysięcy złotych.

W 2010 roku, gdy Hanna Zdanowska wygrała wybory, miasto przeznaczało na oba zadania ponad 10 mln zł. Według deklaracji oczywiście także i ta pula miała być zwiększana. Nie była. Co więcej, w obecnym roku wydatki na te cele zmniejszono o 25 proc. i do klubów trafiło już tylko 7,5 mln zł.

Szefowie klubów załamywali ręce i martwili się, jak uda im się utrzymać w gronie ligowców. Części z nich to się zresztą nie udało - przez ostatni rok byliśmy świadkami upadku piłkarskiego ŁKS-u oraz obu sekcji koszykarskich drużyny z al. Unii. Wszystkie jeszcze dwa lata temu grały na najwyższym poziomie rozgrywek. Teraz kibice piłki chodzą na mecze IV ligi, żeńskiej koszykówki, śledzą wyniki I ligi, a fanom męskiej pozostali jedynie juniorzy, bo seniorska drużyna przestała istnieć.

Wkrótce tym śladem mogą podążyć inne kluby. Walczący kiedyś o mistrzostwo Polski rugbiści Budowlanych teraz marzą tylko o tym, by nie podzielić losu ŁKS-u. Podobnie zresztą jak w Widzewie, którego kłopoty finansowe doprowadziły do tzw. upadłości układowej oraz ostatniego miejsca w tabeli.

Miasto nie ma żadnego pomysłu, by umierający sport uratować. Zamiast tego znów planuje uciąć wydatki na cały wydział sportu, w tym w dużej mierze na wspomniane dotacje i szkolenie. W przyszłym roku mają być one mniejsze o kolejne 20 proc. i wynieść tylko 5,9 mln zł. - To powolne dorzynanie sportu zawodowego - komentuje plany UMŁ Witold Skrzydlewski, prezes żużlowego Orła.

- Jeszcze mniejsza dotacja to dla nas zabójstwo - dodaje prezes Widzewa Paweł Młynarczyk.

- Zamiast walczyć o medale, znów będziemy musieli marzyć o przetrwaniu - martwi się z kolei załamany Krzysztof Serafin, prezes rugbistów Budowlanych.

Magistrat cięcia tłumaczy trudną sytuacją finansową miasta. To właśnie dlatego na ostatniej komisji sportu najczęściej powtarzane zdanie dyrektor wydziału sportu brzmiało: "Musieliśmy dopasować wydatki do wskaźników skarbnika".

Prezydent Zdanowska w maju na konferencji z szefami dwóch piłkarskich klubów poinformowała, że podjęła decyzję o budowie stadionu na Widzewie i boiska z trybuną na ŁKS-ie. Dzięki temu w miejskiej kasie miało zostać około 70-80 mln zł. - Chcę część tych pieniędzy przeznaczyć na szkolenie dzieci i młodzieży, szczególnie w aspekcie poszukiwania młodych talentów - zapewniała prezydent.

Okazało się, że były to tylko puste słowa, a zamiast więcej, będzie mniej. Czy pół roku temu władze Łodzi także nie wiedziały o kryzysie i nie mogły przewidzieć złych wskaźników? To pytanie retoryczne...

Najgorsze jest to, że do totalnego upadku naszego sportu wcale dojść nie musi. Mało kto ma odwagę powiedzieć oficjalnie, że ponad 100 mln zł na boisko z trybuną na 5,7 tys. miejsc to absurdalny pomysł. Nie dość, że będzie to najdroższa trybuna w Polsce, to będzie służyć w najlepszym wypadku trzecioligowej drużynie ŁKS-u. Dalszy awans zespołu do wyższych lig, który w magistracie uznano widocznie za pewnik, może zająć kilka lat.

- Skoro miasto stać na budowę najdroższej trybuny w Polsce, to nie można narzekać, że z budżetem jest źle. Pytanie tylko, na co te pieniądze są przeznaczane. Jeśli miasto nie doceni klubów i nie zmieni swojej polityki, to nic z dobrego nie wyjdzie. Ucierpią na tym także ich kibice, którzy zostaną pozbawieni marzeń o sukcesach swoich drużyn. A nie ma niczego gorszego niż zabranie ludziom marzeń - to słowa Skrzydlewskiego.

Mam nadzieję, że władze Łodzi bądź radni wezmą je sobie do serca i wprowadzą poprawki do budżetu. Pieniądze na sport jeszcze można zwiększyć, a umierającym klubom pomóc. Co ważne, mogą w tej sprawie liczyć też na poparcie łodzian. W niedawnym sondażu "Gazety" aż 63 proc. ankietowanych opowiedziało się za tym, by miasto współfinansowało kluby sportowe. A więc do dzieła. Głosowanie nad budżetem zaplanowano na 15 stycznia. Obym dzień później mógł w gazecie napisać, że choć raz za słowami poszły czyny...

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
Tagi